Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opis. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 stycznia 2018

Co życie Jezusa Chrystusa oznacza dla ciebie

Jeśli Jezus Chrystus powstał z martwych, udowadniając, że jest Bogiem, to żyje dzisiaj. Pragnie czegoś więcej niż czci - pragnie dać się poznać i wejść w nasze życie. Jezus powiedział: „Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną” (Apokalipsa 3:20).
Nieżyjący już Carl Gustav Jung powiedział: „Główną neurozą naszych czasów jest pustka”. Każdy z nas ma zakorzenioną w sobie tęsknotę za tym, by nasze życie miało znaczenie i głębię. Jezus ma dla nas życie, które jest znaczące i obfite, które przychodzi przez relację z Nim samym. On powiedział: „Ja przyszedłem, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości” (Ewangelia Jana 10:10).
Ponieważ Jezus umarł na krzyżu, biorąc na siebie cały grzech ludzkości, teraz oferuje nam przebaczenie, akceptację i prawdziwą przyjaźń.
W tym momencie możesz otworzyć przed Jezusem Chrystusem drzwi twojego życia. Możesz zwrócić się do Niego słowami w rodzaju: „Jezu, dziękuję Ci, że umarłeś na krzyżu za moje grzechy. Proszę, byś mi przebaczył i abyś teraz wszedł w moje życie. Dziękuję, że oferujesz mi swoją przyjaźń”.


nna popularna teoria głosi, że kobiety, pogrążone w bólu i żalu, pomyliły drogę w szarości poranka i trafiły do innego grobu.

W swoim smutku wyobraziły sobie, że Chrystus zmartwychwstał, ponieważ grób był pusty. Ta teoria upada jednak wobec tego samego faktu, który obala poprzednią hipotezę. Jeśli kobiety pomyliły grób, to dlaczego kapłani oraz inni przeciwnicy wiary nie wskazali właściwego grobu i leżącego w nim ciała? Poza tym trudno przyjąć, by Piotr i Jan ulegli tej samej pomyłce, a już z pewnością Józef z Arymatei, właściciel grobowca, rozwiązałby problem. Należy też pamiętać, że był to prywatny teren, a nie publiczny cmentarz. W okolicy nie było innych grobów, które umożliwiałyby taką pomyłkę.
Na wyjaśnienie pustego grobu podaje się także teorię omdlenia. Według niej Chrystus właściwie nie umarł. Omyłkowo uznano, że umarł, jednak On omdlał z wyczerpania, bólu i upływu krwi. Gdy położono Go w chłodnym grobie, obudził się. Wyszedł z niego i ukazał się uczniom, którzy błędnie uznali Go za zmartwychwstałego.
Ta teoria jest stosunkowo nowo. Po raz pierwszy pojawiła się pod koniec osiemnastego wieku. Znaczące jest, że żadna tego typu sugestia nie krążyła w starożytności, gdy tak gwałtownie zwalczano chrześcijaństwo. Wszystkie najwcześniejsze dane stanowczo mówią o śmierci Jezusa.
Ale załóżmy na chwilę, że Chrystus faktycznie został pochowany żywcem, w stanie omdlenia. Czy można uwierzyć w to, że przeżył trzy dni w wilgotnym grobie bez wody i jedzenia oraz żadnej pomocy? Czy miałby siłę zerwać z siebie owijające Go płótna, odepchnąć ciężki kamień zamykający grób, pokonać rzymskie straże i ujść na przebitych gwoździami nogach wiele kilometrów? Jest to teoria znacznie bardziej fantastyczna niż prosty fakt Zmartwychwstania.
Nawet niemiecki krytyk David Strauss, który absolutnie nie wierzy w zmartwychwstanie, odrzucił teorię omdlenia jako nieprawdopodobną. Stwierdził:
Niemożliwe, żeby ktoś, kto właśnie opuścił grób na wpół żywy, wyczołgał się słaby i chory, potrzebował lekarstw, opatrzenia ran, wzmocnienia i troskliwej opieki, i kto był tak bardzo cierpiący, mógł wywołać w uczniach wrażenie, że jest zwycięzcą nad śmiercią i grobem; że jest Księciem Życia.
W końcu, jeśli teoria ta jest prawdziwa, to sam Chrystus był zaangażowany w szerzenie rażących kłamstw. Jego uczniowie wierzyli i nauczali, że umarł i znów ożył. Jezus nie zrobił nic, by zmienić to przekonanie, a nawet do niego zachęcał.
Jedyna teoria, która w adekwatny sposób wyjaśnia pusty grób, to powstanie Jezusa Chrystusa z martwych.


Druga hipoteza mówi, że to władze - Żydzi lub Rzymianie - usunęli ciało!

Ale dlaczego mieliby to zrobić? Jeśli umieścili przy grobie straże, dlaczego mieliby usuwać ciało? A dalej, jak wyjaśnić milczenie władz w obliczu tego, że apostołowie odważnie nauczali o zmartwychwstaniu Jezusa w Jerozolimie? Ówczesne władze religijne dyszały z wściekłości i czyniły wszystko, by nie dopuścić do rozprzestrzeniania się wieści o zmartwychwstaniu. Aresztowali Piotra i Jana, bili ich i zastraszali, próbując zamknąć im usta. Jednak istniało bardzo proste rozwiązanie - gdyby byli w posiadaniu ciała Chrystusa, mogliby pokazywać je na ulicach Jerozolimy. Jednym łatwym pociągnięciem skutecznie zdusiliby chrześcijaństwo w zarodku. Fakt, że tego nie zrobili, dowodzi w wymowny sposób, że nie posiadali ciała.


Czy zmartwychwstanie Jezusa to tylko opowieść?

Zgodnie z najwcześniej rozpowszechnianym wyjaśnieniem to uczniowie ukradli ciało! W Ewangelii Mateusza 28:11--15 czytamy opis reakcji kapłanów i starszych. Gdy straże doniosły im o zniknięciu ciała, wiadomość zdumiała ich i zupełnie wyprowadziła z równowagi. Dali wówczas strażnikom pieniądze i nakazali rozgłaszać, że uczniowie w nocy wykradli ciało, gdy strażnicy spali. Wersja ta była tak fałszywa, że Mateusz nawet nie starał się jej obalić! Jaki sędzia posłuchałby cię, gdybyś stwierdził, że wiesz, że to twój sąsiad ukradł ci z domu telewizor, kiedy spałeś? Takie świadectwo zostałoby wyśmiane w każdym sądzie.
Co więcej, stajemy przed psychologiczną i etyczną niemożliwością. Kradzież ciała Chrystusa byłaby czynem całkowicie obcym charakterowi uczniów, sprzecznym ze wszystkim, co o nich wiemy. Oznaczałoby to, że dopuścili się oni celowego kłamstwa, które doprowadziło do zwiedzenia, a w ostateczności do męczeńskiej śmierci tysięcy ludzi. Jest nie do pomyślenia, by kilku uczniów, którzy mieliby uknuć podstęp i dopuścić się takiej kradzieży, nie powiedziało o tym nigdy pozostałym.
Wszyscy uczniowie zdawali sobie sprawę ze sprawdzianu, jakiemu mogły być poddane ich twierdzenia i przekonania - sprawdzianu polegającego na torturach i męczeństwie. Ludzie są niekiedy gotowi umrzeć za coś, w co wierzą, choć może się zdarzyć, że ich wierzenia są fałszywe. Jednak nikt nie oddaje życia za kłamstwo, wiedząc, że to tylko kłamstwo. Stając na progu śmierci, człowiek jest skłonny przyznać się do prawdy. Jeśli nawet uczniowie rzeczywiście zabraliby ciało, a Chrystus byłby martwy, to pojawia się problem wyjaśnienia Jego ukazywania się po śmierci.


Śmierć Jezusa

Jezus poniósł śmierć przez publiczną egzekucję na krzyżu. Według władz była to kara za bluźnierstwo. Jezus stwierdził, że była to zapłata za nasze grzechy. Po ciężkich torturach Jego nadgarstki i stopy zostały przybite do krzyża, na którym Jezus zawisł, by powoli umierać przez uduszenie. Aby upewnić się, że umarł, Jego bok przebito włócznią.
Następnie ciało Jezusa zostało owinięte w płótna pokryte około pięćdziesięcioma kilogramami kleistych, wilgotnych wonności. Zwłoki umieszczono w solidnym grobowcu wykutym w skale. Wejście zakryto niemal dwutonowym głazem przetoczonym za pomocą dźwigni. Ponieważ Jezus publicznie ogłosił, że powstanie z martwych w ciągu trzech dni, przy grobie postawiono straże złożone z dobrze wyszkolonych rzymskich żołnierzy. Na wejście do grobu nałożono oficjalną rzymską pieczęć, oznaczającą, że jest on własnością rządową.
Pomimo wszystkich tych przeszkód trzy dni później ciało zniknęło. Pozostały tylko płótna w kształcie ciała, choć zapadnięte do wewnątrz. Głaz, którym wcześniej zapieczętowano grobowiec, został odnaleziony na wzniesieniu w pewnej odległości od grobu.


Jeśli Jezus jest Synem Boga...

Jeśli Chrystus zmartwychwstał, to wiemy z pewnością, że Bóg jest, wiemy jaki jest i jak możemy Go poznać przez osobiste doświadczenie. Cały wszechświat nabiera znaczenia i celu, a ludzie mogą już teraz doświadczać kontaktu z żywym Bogiem.
Z drugiej strony, jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, chrześcijaństwo pozostaje ciekawym eksponatem muzealnym - i niczym więcej. Nie ma żadnej obiektywnej wartości ani realnego znaczenia. Choć jest piękną ideą, z pewnością nie jest warte całego tego zamieszania. Męczennicy, którzy ze śpiewem na ustach wychodzili naprzeciw lwom, czy współcześni misjonarze, którzy oddali życie w Ekwadorze lub Kongo, niosąc przesłanie chrześcijańskie innym ludziom, wydają się godnymi pożałowania, naiwnymi głupcami.
Ataki na chrześcijaństwo najczęściej koncentrowały się na zmartwychwstaniu, ponieważ także krytycy dostrzegają, że w tym właśnie wydarzeniu tkwi sedno sprawy. Na początku lat 30-tych XX wieku młody brytyjski prawnik rozważał przypuszczenie takiego właśnie ataku. Człowiek ten był przekonany, że zmartwychwstanie jest niczym więcej jak bajką i fantazją. Wyczuwając, że stanowi ono podstawę wiary chrześcijańskiej, postanowił oddać światu przysługę, raz na zawsze demaskując je jako oszustwo i przesąd. Był przekonany, że jako prawnik posiada umiejętności konieczne do tego, by dokładnie sprawdzić i przesiać wszystkie dowody, nie dopuszczając niczego, co nie spełniałoby rygorystycznych kryteriów dopuszczenia w roli dowodu we współczesnym sądzie.
Jednak gdy Frank Morrison prowadził badania, wydarzyło się coś niezwykłego. Okazało się, że sprawa nie jest tak prosta, jak się spodziewał. W rezultacie powstała książka zatytułowana „Kto usunął kamień?”, a jej pierwszy rozdział nosi tytuł „Książka, która odmówiła powstania”. Autor przedstawia w nim, w jaki sposób, badając sprawę zmartwychwstania, został przekonany - wbrew swojej woli - o fakcie cielesnego zmartwychwstania Chrystusa.


Dowody z życia Jezusa

Po pierwsze, Jego charakter pokrywał się z deklaracjami. Wielu pacjentów szpitali psychiatrycznych podaje się za sławne osoby albo za bóstwa, jednak ich postępowanie i charakter temu przeczą. Z Chrystusem było inaczej. Jest wyjątkową osobą - tak jak wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju jest Bóg.
Jezus Chrystus był bez grzechu. Żył w taki sposób, że mógł rzucić swoim wrogom następujące wyzwanie: „Kto z was udowodni Mi grzech?” (Ewangelia Jana 8:46). Odpowiedzią była cisza, choć zwracał się do ludzi, którzy bardzo chętnie wskazaliby na jakąś słabość w Jego charakterze, gdyby tylko mogli ją znaleźć.
Czytamy o kuszeniu Jezusa, ale nigdzie nie słyszymy, by wyznawał jakiś swój grzech. Nigdy nie prosił o przebaczenie, choć swoich naśladowców uczył, aby to robili.
Zupełny brak poczucia moralnej ułomności w Jezusie jest zadziwiający w świetle faktu, że jest to doświadczenie zupełnie odmienne od doświadczeń świętych i mistyków wszystkich epok. Im bardziej zbliżamy się do Boga, tym bardziej przejmujemy się swoimi upadkami, zepsuciem i brakami. Im bardziej zbliżamy się do jasnego światła, tym bardziej zdajemy sobie sprawę z potrzeby kąpieli. To prawo działa także w sferze moralności, jeśli chodzi o zwykłych śmiertelników.
Uderzające jest także, że Jan, Paweł i Piotr - wyuczeni od najmłodszych lat, by wierzyć w powszechność grzechu - mówią o bezgrzeszności Chrystusa: „On grzechu nie popełnił ani nie znaleziono zdrady w ustach jego” (1 List Piotra 2:22).
Piłat, który przecież nie był sympatykiem Jezusa, powiedział: „Co złego on uczynił?” Najwyraźniej dostrzegł niewinność Chrystusa. A setnik rzymski, który był świadkiem śmierci Chrystusa, stwierdził: „Prawdziwie, ten był Synem Bożym” (Ewangelia Mateusza 27:54).
Po drugie, Chrystus pokazał, że ma moc nad siłami natury, jaką może dysponować tylko Bóg - który je stworzył.
Uciszył gwałtowną burzę, wiatr i fale na Jeziorze Galilejskim. Ten czyn sprowokował siedzących w łodzi do postawienia pełnego respektu pytania: „Kim właściwie On jest, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?” (Ewangelia Marka 4:41). Zmienił wodę w wino, nakarmił 5 tys. ludzi pięcioma chlebami i dwoma rybami, zwrócił wdowie w żałobie jej jedynego syna przez wskrzeszenie oraz wzbudził z martwych córeczkę zrozpaczonego ojca. Do starego przyjaciela zawołał: „Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!” i w dramatycznych okolicznościach wskrzesił jego martwe ciało. Bardzo znaczące jest to, że Jego przeciwnicy nie zaprzeczali tym cudom, lecz próbowali Go zabić. „Jeżeli Go tak pozostawimy, to wszyscy uwierzą w Niego” - mówili (Ewangelia Jana 11:48).
Po trzecie, Jezus wykazał, że posiada moc Stwórcy nad chorobą i ułomnością. Sprawiał, że chromi zaczynali chodzić, niemi mówić, a ślepi widzieć. Niektóre z tych uzdrowień dotyczyły ułomności wrodzonych, które nie były podatne na oddziaływanie psychosomatyczne. Najbardziej zadziwiający jest przypadek człowieka niewidomego, opisany w Ewangelii Jana w rozdziale 9. Choć człowiek ten nie był w stanie udzielić stosownego wyjaśnienia przesłuchującym go przywódcom, jego doświadczenie było dla niego samego wystarczającym argumentem. „Jedno wiem: byłem niewidomy, a teraz widzę”. Dziwił się, że jego przyjaciele nie rozpoznali w owym Uzdrowicielu Syna Bożego. „Od wieków nie słyszano, aby ktoś otworzył oczy niewidomemu od urodzenia” - stwierdził (Ewangelia Jana 9:25.32). Dla niego było to oczywistym dowodem.
Po czwarte, ostatecznym dowodem prawdziwości roszczenia Jezusa do boskości jest Jego powstanie z martwych. Pięć razy za swego życia przepowiedział, że umrze. Przewidział także, jak umrze i że trzy dni później powstanie z martwych i ukaże się swoim uczniom.
Rzeczywiście był to ostateczny sprawdzian. To twierdzenie można było łatwo zweryfikować - albo się zdarzy, albo nie.
Zarówno zwolennicy, jak i wrogowie wiary chrześcijańskiej uznają, że zmartwychwstanie Chrystusa stanowi fundament wiary. Paweł, wielki apostoł, napisał: „A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara” (1 List do Koryntian 15:14). Paweł cały swój wywód oparł na cielesnym zmartwychwstaniu Chrystusa. Chrystus albo powstał z martwych, albo nie. Jeśli rzecz ta się wydarzyła, jest najbardziej sensacyjnym faktem w całej historii.


Jezus Chrystus - Syn Boży?

Gdy słyszymy, co twierdzi o sobie Jezus, mamy tylko cztery możliwości. Musimy uznać Go albo za kłamcę, albo za szaleńca, albo za legendę, albo za Prawdę. Jeśli stwierdzimy, że On nie jest Prawdą, automatycznie podpisujemy się pod jedną z trzech pozostałych możliwości, czy zdajemy sobie z tego sprawę czy nie.
(1) Pierwsza możliwość: Jezus kłamał, gdy mówił, że jest Bogiem - wiedział, że Nim nie jest, ale świadomie zwodził swych słuchaczy, aby przydać autorytetu swoim naukom. Niewielu poważnie przyjmuje takie stanowisko. Nawet ci, którzy zaprzeczają boskości Jezusa, uważają Go za wielkiego nauczyciela moralności. Te dwa stwierdzenia są ze sobą sprzeczne. Jezus nie mógłby być wielkim nauczycielem moralności, gdyby w najważniejszym punkcie swego nauczania - dotyczącym Jego tożsamości - świadomie kłamał.
(2) Drugi wariant jest nieco łagodniejszy, choć nie mniej szokujący: Jezus był szczery, ale oszukiwał samego siebie. Jeśli ktoś dziś stwierdziłby, że jest Bogiem, nazwalibyśmy go szaleńcem. Tak też powinniśmy nazwać Chrystusa, jeśli byłby zwiedziony w tak istotnej kwestii. Gdy jednak oceniamy życie Chrystusa, nie widzimy oznak szaleństwa czy braku równowagi psychicznej, jakie cechują osobę obłąkaną. Widzimy natomiast człowieka będącego pod wielką presją, ale zachowującego doskonałe opanowanie.
(3) Trzecia możliwość jest następująca: opowieści o Jezusie twierdzącym, że jest Bogiem, to legenda. Stworzona została w trzecim i czwartym wieku przez Jego entuzjastycznych uczniów, którzy włożyli w usta Jezusa słowa, jakie zaskoczyłyby Jego samego. Gdyby Jezus przypadkiem wrócił, natychmiast by się ich wyparł.
Teoria legendy została w znacznym stopniu obalona dzięki odkryciom współczesnej archeologii. Wykazały one ponad wszelką wątpliwość, że cztery biografie Chrystusa powstały za życia osób współczesnych Chrystusowi. Zdaniem dra Williama F. Albrigtha, światowej sławy archeologa i emerytowanego wykładowcy Johns Hopkins University, nie ma żadnego powodu, by uznać, że którakolwiek z Ewangelii powstała później niż w 70 r. po Chrystusie. To niewiarygodne, by zwykła legenda o Chrystusie spisana w formie Ewangelii zdobyła taki rozgłos i wywarła tak duży wpływ, jeśli nie opierałaby się na faktach.
Podobnie fantastyczną sprawą byłoby, gdyby ktoś w naszych czasach napisał biografię Johna F. Kennedyego, w której ten twierdziłby, że jest Bogiem i że może odpuszczać ludziom grzechy, a na końcu by zmartwychwstał. Tak niedorzeczna historia nigdy nie spotkałaby się z szerszym przyjęciem, ponieważ wciąż żyje zbyt wiele osób, które znały Kennedyego. Teoria legendy nie może się obronić w świetle faktu wczesnego datowania manuskryptów Ewangelii.
(4) Jedyna alternatywa, jaka nam pozostaje, jest taka, że Jezus mówił prawdę. Należy jednak przyznać, że same słowa niewiele znaczą. Słowa są tanie. Każdy może wygłaszać twierdzenia o swojej wielkości. Wiele innych osób uważało się za Boga. Każdy z nas może stwierdzić, że jest Bogiem, jednak pytanie brzmi: Jak możemy to udowodnić? Obalenie mojego roszczenia tego rodzaju nie zajęłoby wam nawet pięciu minut, a w waszym przypadku zapewne nie byłoby to znacznie trudniejsze. Jednak w przypadku Jezusa z Nazaretu nie jest to takie proste. Miał w zanadrzu referencje, które potwierdzały Jego tożsamość. Powiedział: „Choćbyście Mi nie wierzyli, wierzcie cudom, których dokonuję, abyście poznali i zrozumieli, że Ojciec jest we Mnie, a Ja w Ojcu” (Ewangelia Jana 10:38).


Jezus wyraźnie przypisywał sobie atrybuty, które ma jedynie Bóg

Gdy przez dach domu, w którym przebywał, spuszczono sparaliżowanego, aby został uzdrowiony, Jezus powiedział: „Synu, twoje grzechy są odpuszczone”. Wywołało to wielkie poruszenie wśród przywódców religijnych, którzy mówili w swoich sercach: „Dlaczego on tak mówi? Bluźni! Któż może odpuszczać grzechy oprócz samego Boga?”
W krytycznym momencie, gdy ważyły się losy Jezusa, arcykapłan zapytał Go wprost: „Czy ty jesteś Mesjaszem, Synem Błogosławionego?”
Jezus odpowiedział: „Ja jestem. Ujrzycie Syna Człowieczego, siedzącego po prawicy Wszechmocnego i nadchodzącego z obłokami niebieskimi”.
Arcykapłan rozdarł swoje szaty. „Na cóż nam jeszcze potrzeba świadków? Słyszeliście bluźnierstwo. Cóż wam się zdaje? Oni zaś wszyscy wydali wyrok, że winien jest śmierci” (Ewangelia Marka 14:61--64).
Związek między Bogiem a Jezusem był tak bliski, że Jezus zrównuje postawę ludzi wobec Niego z ich postawą wobec Boga. Tak więc znać Jego, oznacza znać Boga (Ewangelia Jana 8:19; 14:7). Zobaczyć Go, znaczy zobaczyć Boga (12:45; 14:9). Wierzyć w Niego, oznacza wierzyć w Boga (12:44; 14:1). Przyjąć Go, to przyjąć Boga (Ewangelia Marka 9:37). Nienawidzić Go, to nienawidzić Boga (Ewangelia Jana 15:23). A oddać Mu cześć, to oddać cześć Bogu (5:23).


Życie Jezusa Chrystusa.

Szybko jednak okazało się, że Jezus wypowiada zdumiewające, szokujące twierdzenia o sobie samym. Twierdził, że jest kimś więcej niż wyjątkowym nauczycielem czy prorokiem. Zaczął wyraźnie wskazywać, że jest Bogiem. Tożsamość Jezusa stała się głównym punktem Jego nauczania. Najważniejsze pytanie, jakie zadał swoim naśladowcom, brzmiało: „A wy za kogo mnie uważacie?” Gdy Piotr odrzekł: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego” (Ewangelia Mateusza 16:15--16), Jezus nie oburzył się i nie zganił go. Przeciwnie - pochwalił!
Jezus rozgłaszał to twierdzenie bardzo wyraźnie, a słuchacze odbierali je z pełną świadomością jego znaczenia i implikacji. Czytamy: „Dlatego więc usiłowali Żydzi tym bardziej Go zabić, bo nie tylko nie zachowywał szabatu, ale nadto Boga nazywał swoim Ojcem, czyniąc się równym Bogu” (Ewangelia Jana 10:33).
Przy innej okazji Jezus stwierdził: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy”. Żydzi natychmiast chcieli go ukamienować. Zapytał ich, za jaki dobry uczynek chcą Go zabić. Odpowiedzieli: „Nie chcemy Cię kamienować za dobry czyn, ale za bluźnierstwo, za to, że Ty będąc człowiekiem uważasz siebie za Boga” (Ewangelia Jana 10:33).


Wiara, która nie jest ślepa

Życie Jezusa Chrystusa. Czy był Synem Boga? Krótkie spojrzenie na życie Jezusa i dlaczego wiara w Niego nie jest ślepą wiarą...

Paul E. Little
Nie zdołalibyśmy stwierdzić z pewnością, czy Bóg istnieje i jaki jest, gdyby On sam nie podjął inicjatywy, by się objawić. Musimy wiedzieć, jaki On jest i jaki jest Jego stosunek do nas. Załóżmy, że wiedzielibyśmy, że Bóg istnieje, ale przy tym jest podobny do Adolfa Hitlera - kapryśny, zły, pełen uprzedzeń i nienawiści, okrutny. To byłoby straszne!
Musimy spojrzeć uważnie na horyzont historii, szukając jakiegoś klucza do Bożego objawienia. Jest jeden taki wyraźny klucz. W małej wiosce w Palestynie, ponad 2000 lat temu, w stajni, urodziło się dziecko. Dziś cały świat nadal świętuje narodziny Jezusa.
Do trzydziestego roku życia Jezus żył w ukryciu, a potem rozpoczął publiczną służbę, która trwała trzy lata. Jego przeznaczeniem było zmienić bieg historii. Był dobry i życzliwy - czytamy też, że „prości ludzie chętnie go słuchali” i że „uczył ich jak ten, który ma władzę, a nie jak ich uczeni w Piśmie” (Ewangelia Mateusza 7:29).


Pokój serca w Bogu i z Bogiem

Maryja może być wielkim wzorem dla kobiet, na przykład jeśli chodzi o wyrzekanie się chciwości na ludzkie uczucia i poczucie bezpieczeństwa. Uczucia przywiązania, emocjonalnego zachwytu czy fascynacji są piękne i ważne w ludzkim życiu, ale bywają one zmienne i nietrwałe. Nie można na nich budować przyszłości. Nietrwałe jest także nasze poczucie bezpieczeństwa. Życie na ziemi bywa wręcz niebezpieczne.
Mówi o tym sam Jezus. Kiedy usłyszał, że w świątyni jerozolimskiej Piłat rękami żołnierzy zamordował zbuntowanych Galilejczyków, a ich krew zmieszała się z krwią składanych na ołtarzu ofiar, Jezus nie potępia Piłata, ale mówi: Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie (Łk 13, 3). Okazją, by dać nam trudną lekcję nawrócenia, jest również śmierć kilkunastu robotników budujących wieżę obronną w Siloam. Także to wydarzenie nie zdziwiło ani szczególnie nie zainteresowało Jezusa. Powtarza tylko wcześniejsze swoje słowa: Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie (Łk 13, 5).
Wydarzenia na Ukrainie uświadamiają nam, że i dziś – jak w przeszłości – łatwo wywołać wojnę. Dzieje świata to historia okrutnych zbrojnych konfliktów. To niezwykła łaska, że w Europie już siedemdziesiąt lat żyjemy bez wielkiej wojny. Powinniśmy często za to dziękować. Musimy jednak pamiętać także, że na świecie nie ma absolutnego bezpieczeństwa, również w czasie pokoju. Bywa, że planujemy sobie swoją spokojną przyszłość, tymczasem niespodziewanie tracimy pracę, dom, ulegamy wypadkowi, zaczynamy chorować, umiera nam ktoś najbliższy. Nagle wszystko wali się nam na głowę.
Nasze bezpieczeństwo jest w Bogu i z Bogiem. Pokój serca jest możliwy, ale w Bogu i z Bogiem. Jeśli bez Niego zagłębiamy się w naszą przyszłość i zastanawiamy się nad wszystkimi możliwymi zagrożeniami, łatwo doświadczymy swoistego rozedrgania. Trzeba nam więc pamiętać, że bezpieczeństwo jest możliwe, ale w Bogu i z Bogiem! Dusza moja odpoczywa tylko w Bogu (Ps 62, 2). Psalmy nieustannie powtarzają tę prawdę. W chwilach niepokoju powtarzajmy i my te słowa „do upadłego”. Psalmista mówi także: „Drżą ze strachu ci, którzy nie wzywają Pana” (por. Ps 14, 4). Mamy bowiem bardzo ograniczony wpływ na losy świata, kraju, swojej rodziny i na nasz własny.
A dla nas, mężczyzn, Maryja może być wielką Mistrzynią na przykład w opanowywaniu agresji przez szukanie postawy łagodności, miłosierdzia i zrozumienia. Tak łatwo wielu z nas ulega demonowi gniewu, przemocy, wyniosłości i pychy. Złamać, upokorzyć, zakrzyczeć, zgnieść, siłą wprowadzić swoje – oto męskie pokusy obecne już w życiu małego chłopca, nawet niemowlęcia. Święty Augustyn pisze w Wyznaniach: „Na własne oczy widziałem zazdrość małego dziecka: jeszcze nie umiało mówić, a pobladłe ze złości spoglądało wrogo na swego mlecznego brata”4. Można sobie wyobrazić, jak będzie reagowało to małe dziecko po piętnastu latach, jeżeli nie zostanie odpowiednio wychowane i samo nie będzie opanowywać swojego demona gniewu.
Maryja jako Uczennica Jezusa jest Mistrzynią łagodnego i pokornego serca. Prośmy o to, byśmy przyjęli Ją jako swoją Mistrzynię. Ona może być Mistrzynią, ponieważ była Uczennicą. Jeżeli ktoś jest złym uczniem, niech nie przyjmuje pozy mistrza. Tylko dobry uczeń może być dobrym mistrzem! Maryja może być naszą Mistrzynią, gdyż była doskonałą Uczennicą.
Za pontyfikatu Jana Pawła II w Ameryce Południowej były poważne problemy z niektórymi duchownymi angażującymi się w tak zwaną teologię wyzwolenia. Papież, który był człowiekiem dialogu, podejmując te sprawy, pytał zwykle o owych księży: kim są, czy się modlą, czy odprawiają Msze święte, a przede wszystkim – i to było najważniejsze pytanie – czy kochają Matkę Najświętszą. Jeżeli powiedziano mu, że ów ksiądz kocha Matkę Najświętszą, odpowiadał w stylu: Musimy to jakoś pokojowo załagodzić. Oczywiście, idee, które głosi, są nieprawomyślne, ale on kocha Matkę Najświętszą, czyli nie może być zbuntowany przeciw Bogu, przeciw Kościołowi, bo Matka Najświętsza jest Matką Boga i Matką Kościoła.
Prośmy, by Matka Najświętsza była naszą Mistrzynią, by uczyła nas, jak walczyć ze Smokiem, ale również jak walczyć z naszymi małymi „smokami”, złymi myślami, jak każdego dnia walczyć z wszystkimi naszymi demonami.


Pozwolić prowadzić się Bożemu słowu

Owoce duchowych zmagań i walki Maryi były dobre, ponieważ Ona uważnie słuchała Bożego słowa i pozwalała się mu prowadzić. Z każdej najtrudniejszej sytuacji znajdowała wyjście. Gdy Smok zagrażał jej Dziecku, zbiegła na pustynię. Owo apokaliptyczne wyrażenie zbiegła na pustynię oddaje tę samą myśl co ewangeliczne słowa: rozważała, co by miało znaczyć to pozdrowienie (Łk 1, 29); zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu (Łk 2, 19); chowała wiernie wszystkie te sprawy w swym sercu (Łk 2, 51).
Mistrz prowadził swoją Uczennicę, karmiąc Ją swoim słowem. Oto Boskie słowo dla Niej: Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?; Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto?; [Czyż] jeszcze nie nadeszła godzina moja? Maryja jest Kobietą twórczą, która znajduje rozwiązanie zgodne z wolą Ojca w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji. Jest Kobietą poszukującą, która pozwala się prowadzić.
W naszych ludzkich poszukiwaniach powinniśmy się zmagać ze wspomnianymi logismoi, złymi myślami i namiętnościami po to, by nasze serca – wzorem serca Maryi – były wrażliwe na miłość Boga, by umiały Mu zaufać, by potrafiły współczuć, by stały się pełne miłosierdzia i prostej ludzkiej życzliwości. Mamy się wyzwalać z demonów: łakomstwa, nieczystości, chciwości, gniewu, acedii i wyniosłości. One bowiem obciążają ludzkie serce i sprawiają, że łatwo obrasta pychą. Aleksander Sołżenicyn w swoim monumentalnym dziele Archipelag Gułag, opisując nieprawości milionów ludzi stojących na straży imperium zła i organizujących cały więzienny „archipelag”, mówi: „Serce obrasta pychą, jak świnia sadłem”3.
Trzeba nam czuwać, by nasze serca nie obrastały pychą. Trzeba nam uczyć się pokory w każdej sytuacji, zarówno wtedy, gdy we wszystko opływamy, jak i wtedy, gdy cierpimy brak. Autor biblijny świadom takiego niebezpieczeństwa modli się: Nie dawaj mi bogactwa ni nędzy, żyw mnie chlebem niezbędnym, bym syty nie stał się niewierny, i nie rzekł: „A któż to jest Pan?” lub z biedy nie zaczął kraść i nie targnął się na imię mego Boga (Prz 30, 8-9). Święty Paweł zaś mówi: Umiem cierpieć biedę, umiem też korzystać z obfitości. Do wszystkich w ogóle warunków jestem zaprawiony: i być sytym, i głód cierpieć, korzystać z obfitości i doznawać niedostatku. Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia (Flp 4, 10-13).
Antidotum na wszystkie demony naszego serca to pokora i uniżenie na wzór uniżenia i pokory Wcielonego Słowa. On uniżył samego siebie, stając się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej (Flp 2, 8). To rozwiązanie jest w zasięgu naszych serc, umysłów i rąk. Karen Horney, amerykańska psycholog, mówi, że zasadniczym źródłem neurotyczności człowieka współczesnego jest „pogoń za własną wielkością”. Tymczasem w Psalmie 131 czytamy: Panie, moje serce nie jest wyniosłe i oczy moje nie patrzą z góry. Nie gonię za tym, co wielkie albo co przerasta moje siły. Przeciwnie: zaprowadziłem ład i spokój w mojej duszy (Ps 131, 1-2). Gdy człowiek goni za własną wielkością, wynosi się i pyszni, doświadcza uczuć niepokoju i lęku, które z czasem stają się nerwicowe i niszczące.
Maryja jest nam dana jako najwyższy wzór Kobiety czystej, pokornej i uniżonej. Oto ja służebnica Pańska – tylko tyle ma do powiedzenia, gdy Anioł Gabriel oznajmił Jej słowo Boga. Również obecność Maryi pod krzyżem jest znakiem pokory. Naśladując swojego Syna, uniża się aż do Jego śmierci – i to śmierci krzyżowej.


Kobieta czystego serca i bezgranicznego zaufania

Maryja jest Kobietą czystego serca, Kobietą ubogą, która wszystkiego się wyrzekła. Jej Mistrz prowadzi Ją drogą absolutnego wyrzeczenia. Pod krzyżem wyrzeka się także swego Syna, ofiarując Go Ojcu niebieskiemu, tak jak Jezus ofiarował się swojemu Ojcu. Maryja jest pokorną służebnicą: Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego (Łk 1, 38). Nie rządzi, nie króluje, ale w bezgranicznym zawierzeniu służy.
Poczęcie Słowa Wcielonego za sprawą Ducha Świętego jeszcze przed zamążpójściem stawiało Ją w bardzo trudnej sytuacji. Ona jednak wiedziała, że jest prowadzona przez Tego, który sam sprawił, że stała się Matką, i z ufnością pozwoliła się prowadzić. Wiedziała, że On wyjaśni niewyjaśnialne, wytłumaczy niewytłumaczalne, oświeci najciemniejsze. Wiele naszych ludzkich problemów szybko udałoby się nam rozwiązać, gdybyśmy jak Maryja pozwolili się prowadzić Bogu. My jednak nie słuchamy Stwórcy, tylko swojego niepokoju, obaw, smutku, zmysłowości, lenistwa, próżności, pychy. I zaczynamy swoje problemy rozwiązywać po swojemu, za pomocą przebiegłości, sprytu, a często także kłamstw.
Aleksander Sołżenicyn, skazany przez władze radzieckie na osiem lat łagrów, podkreślał, że przez obóz można było przejść, nie tracąc poczucia godności i szacunku do siebie – choć brzmi to absurdalnie – poddając się temu, co jest tu i teraz. Masz możliwość wybrania sobie lepszego zajęcia, miejsca zamieszkania, pracy. Skąd jednak wiesz, że to będzie dla ciebie lepsze? Może się okazać gorsze. Ileż razy daliśmy się nabrać naszemu sprytowi, lenistwu, „wężowej przebiegłości”, wybierając coś łatwiejszego, tańszego, przyjemniejszego? Ileż razy daliśmy się na to nabrać?
Tymczasem ludzka przebiegłość w swoich konsekwencjach bywa nieludzka. W niej bowiem mieszkają logismoi – Ewagriuszowskie „demony zła”2. Jeśli w naszym zamyśle jest obecny jakiś demon – gniewu, zazdrości, próżności czy pychy – to w konsekwencji zamysł ten przyniesie nam szkodę. Tylko zamysł oświecony Bożym słowem może dać dobre owoce.


Matka Boleściwa i Matka Pocieszenia


Niepokalanie Poczętą nie dotknął gorzki owoc grzechu Adama. Maryja to Matka Pięknej Miłości, bez pękniętego serca, bez grzechu gniewu i smutku, ale też Matka Boleściwa. Rana po grzechu pierwszych ludzi dotknęła bowiem również Jej serca. Jest jednak także Matką Pocieszenia. Tak naprawdę bowiem tylko Matka Boleściwa może być Matką Pocieszenia. Ktoś, kto sam nie doznał cierpienia, nie pocieszy cierpiącego. Wszystkie pocieszenia osób, które same nie przeżyły bólu, bywają banalne, przykre, czasami dla cierpiących wręcz upokarzające. Człowiekowi, który doznał ciężkiej krzywdy, doświadczył cierpienia czy kryzysu, po prostu nie chce się żyć i puste pocieszenie tego nie zmieni.
Przykładem tego może być trudne wspomnienie przywołane przez Jorge M. Bergoglia w książce Jezuita. Papież Franciszek. Kiedy Jorge M. Bergoglio miał dwadzieścia jeden lat, zachorował na ciężkie zapalenie płuc. Konieczne było wycięcie jednego płuca. Jak opowiada przyszły Papież, odwiedzało go wtedy wielu przyjaciół i wszyscy pocieszali go słowami typu: „Nie przejmuj się. Szybko wrócisz do domu. Wszystko będzie dobrze”. Człowiek stoi wobec perspektywy śmierci, a odwiedzający mówią mu: „Nie przejmuj się. Wszystko będzie dobrze”. Kłamią, bo przecież nie wiedzą, co się stanie.
Jorge M. Bergoglio przyznaje, że tylko jedna osoba go pocieszyła. Była to siostra zakonna, która powiedziała: „W ten sposób naśladujesz Jezusa”1. Ona mówiła prawdę, a jej słowa stały się prawdziwym pocieszeniem. Choroba w dwudziestym pierwszym roku życia dała początek powołaniu kapłańskiemu i zakonnemu Jorge M. Bergoglia. Podobnie jak lata przeżyte pod okupacją niemiecką i ciężka praca w kamieniołomach przez cztery młodzieńcze lata były początkiem powołania do kapłaństwa Karola Wojtyły.


Maryja najlepszą Uczennicą swojego Syna


Maryja Niepokalana, poczęta bez zmazy grzechu pierworodnego, to Kobieta waleczna. W Apokalipsie św. Jana widzimy, jak zmaga się i walczy o uratowanie Dziecka, które wydaje na świat. Wielki znak ukazał się na niebie: Niewiasta obleczona w słońce, i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu. […] I inny znak się ukazał na niebie: Oto wielki Smok barwy ognia, mający siedem głów i dziesięć rogów – a na głowach jego siedem diademów […]. I stanął Smok przed mającą rodzić Niewiastą, ażeby skoro porodzi, pożreć jej Dziecię (Ap 12, 1. 3-4). Od samego początku zarówno Niewiasta, jak i Jej Syn są zagrożeni. Porodziła Syna – Mężczyznę, zaraz jednak zbiegła na pustynię, gdzie miejsce ma przygotowane przez Boga (Ap 12, 5-6). Tak w symbolicznym obrazie przedstawione są dzieje walki Niepokalanie Poczętej o uratowanie Syna.
Ewangelia św. Jana ukazuje nam walkę Maryi pod krzyżem swojego Syna. Przez całe życie wiernie Mu towarzyszyła. Czyniła to nie tylko jako Matka, lecz także jako Jego najlepsza Uczennica. To od Syna Maryja uczy się zmagania i walki duchowej.


Józef i Maryja


Mąż sprawiedliwy
 
I tak Maryja przebywała w świątyni dziewięć lat i osiągnęła wiek dwunastu lat, a więc wiek, w którym dziewczęta izraelskie wchodziły w okres przygotowania do małżeństwa. Co więc należało z Nią zrobić? Wszedł więc kapłan, odziany w strój z dwunastoma dzwonkami, do Świętego Świętych w świątyni i modlił się w sprawie Maryi. I oto Anioł Pański stanął, mówiąc: – Zachariaszu! Zachariaszu! Wyjdź i zwołaj wdowców spośród ludu i niech każdy z nich przyniesie różdżkę, i niech stanie się Maryja żoną tego, któremu Bóg okaże znak...
 
Wyszli więc posłańcy na cały kraj judzki i zabrzmiała trąba Pańska, i zbiegli się wszyscy. Rzucił i Józef swój topór – bo był cieślą – ujął różdżkę i udał się w drogę. Gdy wszyscy wdowcy przybyli do świątyni, kapłan wziął od nich różdżki. Zaniósł je do świątyni i modlił się nad nimi, lecz gdy oddawał je kolejnym wdowcom, nie zobaczył żadnego znaku. Dopiero gdy wziął ostatnią i podawał Józefowi, wyleciała z niej gołębica i usiadła na głowie Józefa: był to widzialny znak, że to on właśnie miał wziąć do siebie Maryję – co też wyraźnie powiedział kapłan. Jednak Józef przeraził się bardzo: nie tylko był starcem, lecz także miał dorosłe dzieci – w ten sposób stanie się pośmiewiskiem dla całego Izraela! Ale kapłan surowo go upomniał, przypominając wydarzenia z dziejów Izraela historię tych, którzy sprzeciwiali się woli Bożej w czasach Mojżesza. Datana, Abirona i Korego pochłonęła ziemia. Na te groźne słowa Józef zrezygnował z dalszego oporu i wziął pod opiekę Maryję, mówiąc: – Maryjo, wziąłem Ciebie ze świątyni Pańskiej. Teraz zaś zostawiam Cię w domu moim. Wychodzę budować domy, ale przyjdę po Ciebie. Pan będzie Cię strzegł...
 
***
 
To opowiadanie zakorzeniło się w naszej pobożności: Józef przedstawiany jest jako starzec; lilia w ręce Józefa to właśnie ta różdżka; takim widzimy Józefa na figurach i obrazach w naszych kościołach. Całe opowiadanie jest typowym opowiadaniem apologetycznym i egzegetycznym. Apologetycznym – ponieważ przedstawiono Józefa jako starca, by w najmniejszym nawet stopniu nie rzucić podejrzenia na czystość i dziewictwo Maryi. Egzegetycznym, bo w ten sposób starano się wyjaśnić wzmianki w Ewangeliach o braciach i siostrach Jezusa: były to dzieci Józefa z pierwszego jego małżeństwa – miało ich być sześcioro: czterech chłopców i dwie dziewczyny; było to więc rodzeństwo przyrodnie Jezusa. Tak tłumaczą zresztą zwrot bracia i siostry Jezusa również pisarze wczesnochrześcijańscy, jak np. wielki Orygenes, który – jak się zdaje – idzie tu za tradycją apokryfów. Ci bracia i siostry Jezusa, czyli Jego kuzynowie, pojawiają się raz po raz na dalszym planie zarówno Ewangelii kanonicznych jak i apokryficznych: Samuel, np. postępuje z Maryją i Józefem do Betlejem.
 
To, co nas jednak zdumiewa to brak kultu Józefa w starożytnym Kościele. Nie mamy utworów na jego cześć, nie ma homilii, nie ma święta jemu poświęconemu. W pismach Ojców Kościoła niewiele razy pojawia się imię Józef. Istnieje zaledwie jeden apokryf – jak zobaczymy – o nim mówiący. Trzeba było dopiero Średniowiecza, by zaczęły pojawiać się pierwsze homilie ku czci św. Józefa, a prawdziwie kult św. Józefa rozwinął się w XVI w. – od działalności św. Teresy z Avila.
 
Dlaczego? Istniały racje teologiczne i organizacyjno-kościelne. Jeśli idzie o teologię, to starano się unikać wspomnień o św. Józefie, chcąc podkreślić Boże macierzyństwo Maryi i Jej dziewictwo. Był jeszcze inny powód: natury organizacyjnej. Otóż wielkim problemem Kościoła pierwszych wieków byli judeochrześcijanie, czyli chrześcijanie, którzy zbyt mocno uwydatniali dawny kult i obyczaje żydowskie. Oni to obdarzali szczególnym kultem mężów sprawiedliwych, sławionych w Starym Testamencie. Ostatnim z takich mężów był św. Józef. Konflikt judeochrześcijański doprowadził do odsunięcia kultu św. Józefa męża sprawiedliwego, rozwiniętego w gminach judeochrześcijańskich – jak się zdaje – w Egipcie.
 
Józef pojawi się jako główna postać jeszcze w trzech scenach głęboko tragicznych. Pierwsza to opis momentu, kiedy Józef odkrywa, że Maryja jest brzemienna. Druga – to decyzja o ucieczce do Egiptu, którą Józef musi podjąć jako głowa rodziny.
Trzecia – to scena śmierci Józefa. Będzie o nich mowa w następnych odcinkach. W innych miejscach św. Józef będzie już tylko – mniej lub bardziej ważną – postacią drugoplanową, by w końcu zniknąć z opowiadania ewangelicznego. Naprawdę, św. Józef był tylko cieniem Ojca i na tym polega jego wielkość. 
ks. Marek Starowieyski
 

Kim był Jezus?


Ponad 2 miliardy chrześcijan wierzy, że Jezus Chrystus był Synem Bożym, a jego ofiara na krzyżu zapewniła ludzkości zbawienie. Swą wiedzę czerpią z pism Nowego Testamentu i prac Ojców Kościoła. Pism i prac niekompletnych, sprzecznych, a przede wszystkim powstałych dziesięciolecia, a nawet całe wieki po opisywanych wydarzeniach. Czy czytając opowieści biblijne (lub najczęściej ich słuchając) rozumiemy, w jakim kontekście historycznym nauczał Jezus? Co pod rzymską okupacją w Judei znaczyły Jego słowa: „oddajcie Bogu, co boskie, a cesarzowi, co cesarskie”?
Czy zastanawiamy się, w co wierzyli pierwsi chrześcijanie, co wiedzieli o człowieku uznawanym za Zbawcę? Wielu osobom może wydawać się szokujące, że chrześcijaństwo nie było monolitem, a niektórzy (i wcale nie nieliczni) wyznawcy uważali, że Jezus miał żonę, braci (a więc Maria nie była dziewicą) i… nie widzieli w tym niczego złego. Co więcej, nie czytali słów czterech ewangelistów, bo ich nie znali! W tym numerze postaramy się wyjaśnić, kim był Jezus z Nazaretu. Ten z krwi i kości. Nie ze świętego obrazka.


Jezus


Jezus Chrystus (ur. ok. 8–4 p.n.e. w Betlejem, zm. ok. 30[a][b][1] lub 33 n.e. w Jerozolimie) – centralna postać religii chrześcijańskiej. W wierzeniach większości chrześcijan uznawany jest za Boga (jako Syn Boży, współistotny Bogu Ojcu) i człowieka[2].
Według Nowego Testamentu (części Biblii) urodził się w żydowskiej rodzinie jako syn Marii poślubionej Józefowi. Jako dorosły przyjął chrzest z rąk Jana Chrzciciela. Następnie nauczał (uznając przykazanie miłości za najważniejsze) i gromadził wokół siebie uczniów (najbliższych nazwano apostołami), dokonując w tym czasie cudów. Po przyjeździe do Jerozolimy został powitany z entuzjazmem przez mieszkańców. To co twierdził, zwłaszcza nazywając się Synem Bożym, spowodowało sprzeciw faryzeuszy i saduceuszy. Jezus przepowiedział swój los podczas Ostatniej Wieczerzy, kiedy ustanowił sakrament Eucharystii. Zdradzony tej samej nocy przez jednego z uczniów, Judasza, został pojmany i postawiony przed religijnym sądem żydowskim, który uznał go za winnego bluźnierstwa. Wydany został w ręce rzymskiego namiestnika Poncjusza Piłata, który skazał go na śmierć przez ukrzyżowanie. Jezus umarł na krzyżu, jednak trzeciego dnia po złożeniu jego zwłok w kamiennym grobie zmartwychwstał, a następnie przez 40 dni spotykał się ze swoimi uczniami, tłumacząc sens swojej męczeńskiej śmierci i zmartwychwstania, po czym wstąpił do nieba. Wydarzenia opisane przez Ewangelie budzą spory naukowców, zaś inne religie postrzegają postać Jezusa w różny sposób, nie przyznając mu tak wielkiego znaczenia jak chrześcijaństwo.


Matka Boska


Maryja urodziła się ok. 20 r. p.n.e. w Jerozolimie. Nie wiadomo do końca, z jakiego pochodziła rodu, ale mówi się, że z pokolenia Judy. Katolicy wierzą, że rodzicami Maryi byli św. Anna i św. Joachim. Maryję oddano na wychowanie do świątyni w ramach dziękczynienia za późne macierzyństwo Anny. Kiedy Maryja miała 14 lat, nakazano jej wrócić do domu, żeby ją wydać za mąż, jednak ona wtedy nie chciała, bo złożyła śluby czystości. W końcu Maryja została poślubiona Józefowi, cieśli. Mieszkali w Nazarecie. Pewnego dnia ukazał się jej Archanioł Gabriel, który powiedział jej, że urodzi Syna Bożego. Maryja pokornie przyjęła tę wiadomość. Niedługo potem udała się do domu krewnej, Elżbiety, żony Zachariasza (rodziców Jana Chrzciciela). Kiedy Józef dowiedział się, że Maryja jest w ciąży, chciał ją oddalić, bo myślał, że ona go zdradziła. We śnie jednak anioł nakazał mu zostać przy Maryi.
Niedługo przed narodzinami Jezusa, miał się odbyć spis ludności i udali się na niego Maryja z Józefem. W Betlejem Maryja urodziła Jezusa, a że nie mieli gdzie się podziać, to urodziła go w stajni. Przyszli pasterze, a potem mędry ze Wschodu, żeby Mu złożyć hołd. Herod nakazał zabić Jezusa, dlatego cała rodzina musiała uciec do Egiptu na jakiś czas. Jezus był poświęcony Bogu jako pierworodny syn.
Jezus dorastał, a po jakimś czasie zaczął nauczać. Maryja uczestniczyła z nim w weselu w Kanie Galilejskim, gdzie dokonał pierwszego cudu. Jezus poprosił św. Jana, żeby się zaopiekował Maryją, jak Jego zabraknie. Tak też się stało. Według katolików, Maryja została wniebowzięta. Mówi się o jej śmierci ok. 30 r. n.e. w Efezie.