wtorek, 26 grudnia 2017

Radość i gwar w dniu św. Szczepana

W dawnej tradycji ludowej Podkarpacia pierwszy dzień świąt - Boże Narodzenie świętowano w ciszy, z powagą, we własnym domu. Natomiast drugi - dzień św. Szczepana był radosny, gwarny i wypełniony spotkaniami towarzyskimi i wróżbami.
Niektóre z nich miały charakter matrymonialny, podobnie jak zwyczaje andrzejkowe.
Od wczesnych godzin rannych chłopcy, nazywani "śmieciarzami", odwiedzali domy, w których mieszkały panny na wydaniu. Starali się przyjść jak najwcześniej, tak by nie zdążyły one jeszcze uprzątnąć leżącej na podłodze od wigilijnej wieczerzy słomy.
- Panna musiała się wykupić, najczęściej wódką. Aby jednak uniknąć wstydu i konieczności wręczenia okupu, dziewczęta wstawały zaraz po północy i sprzątały. Bywało, że w niedługim czasie kawaler odwiedzał ponownie dom panny, ale już jako konkurent do jej ręki – opowiada szefowa Muzeum Etnograficznego w Rzeszowie Elżbieta Dudek-Młynarska.
Przykry zwyczaj dotykał nielubiane dziewczęta. Kawalerowie mościli słomą ścieżki do ich chat. Ponadto, w trudno dostępnych miejscach, najczęściej na dachach lub drzewach, wieszali słomiane kukły.
- Naznaczone w ten sposób panny były pośmiewiskiem całej wsi – wyjaśnia etnograf Andrzej Karczmarzewski.
Po porannych odwiedzinach udawano się do kościoła, aby wziąć udział w szczególnej mszy świętej. Wierni przynosili ze sobą ziarno owsa, żyta, a także bób, czy groch, i po mszy obrzucali się nim na pamiątkę ukamienowania świętego Szczepana. Elżbieta Dudek-Młynarska dodała, że obrzucanie się ziarnem miało też charakter magiczny i sprawczy – miało zapewnić urodzaj w nadchodzącym roku.
Poświęconym podczas sumy owsem gospodarze obsiewali też nieurodzajne zagony, żeby ziemia dobrze plonowała. W sadach obwiązywali drzewa słomianymi powrósłami, aby dobrze rodziły w nowym roku.
Nie zapominano też o zwierzętach. Rankiem w dniu św. Szczepana gospodarze szli z kolędą do koni, a gospodynie do bydła; dawano zwierzętom kolorowe opłatki, a także chleb i wigilijne potrawy. Krowy dostawały także czosnek, który miał je chronić przed urokami rzucanymi przez czarownice.
Elżbieta Dudek-Młynarska wspomniała też o zdumiewającym współcześnie zwyczaju z tradycji lasowiackiej - do izby wprowadzano żywego konia. Gdy zwierzę załatwiło w pomieszczeniu swoją potrzebę fizjologiczną, odczytywano to jako dobrą wróżbę - "kupę szczęścia" dla gospodarza.
Po całym dniu zabiegów magicznych, które miały sprzyjać losowi, wieczorami nadchodził czas wzajemnych odwiedzin. Oczekiwano też kolędników, którzy składali życzenia i śpiewali odpowiednią kolędę pannie, gospodyni albo gospodarzowi. Kolędnicy nie omijali żadnej, nawet najbiedniejszej zagrody.
Po wsiach chodziły zatem grupy z Herodem, kozą lub turoniem. Jeszcze w XIX wieku kolędowanie nie miało charakteru widowiskowego. Było zabiegiem o charakterze sprawczym, zapewniającym dobre urodzaje, pomyślność w gospodarstwie i powodzenie w życiu.
Cykl Godnich Świąt, który rozpoczynało światło gwiazdy pozwalające spożyć wieczerzę wigilijną, kończyło światło gwiazdy niesionej przez kolędników w wigilię Trzech Króli. W samo święto, po powrocie z kościoła, "odkurzano" poświęconym kadzidłem izby, a na drzwiach wypisywano kredą pierwsze litery imion królów, by w ten sposób zabezpieczyć dom przed złem. Tradycja ta utrzymała się do dziś.

Brak komentarzy: